Mistrzyni Burz nowa powieść fantasy
Informacja o książcePrzeczytaj prolog
Nowy świat czarownic
 
Przeczytaj prolog

 

Galba, skarbnik królewski skończył przeliczać stos złotych monet leżących na stole i uśmiechnął się zadowoleniem. Kwota zgadzała się dokładnie z sumą wypisaną na liście przewozowym, więc Galba starannie złożył na dokumencie podpis i oddał list ubranemu na czarno agentowi Gildii Ebola.
Agent beznamiętnym głosem odczytał zapis wniesiony przez skarbnika: Ja, Galba, z łaski króla Gunerlana skarbnik korony Keramee, potwierdzam podpisem przyjęcie w depozyt kwoty dwudziestu czterech funtów, jednej i trzech czwartych uncji złota z rąk własnych Janasa Gui z Gildii Ebola.
– Dwadzieścia cztery funty? – dowódca eskorty gwizdnął cicho z podziwu. – Nieźle idą wasze interesy.
Agent Gildii obdarzył żołnierza pełnym pogardy spojrzeniem i rzekł do skarbnika:
– Galba, przyjacielu, powiedz strategowi, aby nie wyznaczał do eskorty ludzi, którzy zbyt dużo gadają.
Galba zachował kamienną twarz.
– Strateg dobiera oficerów z niezwykłą starannością – odparł sucho. – Nie sądzę, by potrzebował moich lub twoich rad w tym zakresie.
Agent wzruszył ramionami, schował list przewozowy i wyszedł z kancelarii skarbnika, głośno trzaskając drzwiami.
– Nadęty dupek! – wyrzucił z siebie dowódca eskorty, którego twarz zabarwiła się na czerwono od tłumionego gniewu. – I dureń! Oby pech go prześladował do grobowej deski!
– Sam jesteś dureń – rzekł zimno skarbnik. – Dwie trzecie twojego żołdu pochodzi z pieniędzy, które właśnie Gildia wpłaca do skarbca królewskiego, więc traktuj tych ludzi z odpowiednią powagą. Daję ci tę radę, Aturrusie, jako człowiek doświadczony i jako twój kuzyn.
– Psi los! – zaklął oficer i splunął na podłogę.
– A ty słuchaj uważnie moich mądrych rad – ciągnął skarbnik – bo zamiast wina, które żłopiesz w nadmiernych ilościach, będziesz pił wodę z miejskiej studni. I zamiast figlować z dziewczętami pod Zielonym Wężem, będziesz się zabawiał z pachołkami, którzy przeganiają z miasta włóczęgów.
– Dobrze, dobrze – mruknął pojednawczo dowódca eskorty. – Swój rozum mam, więc mądrą radę zawsze chętnie przyjmę.
Galba uznał rozmowę za zakończoną i zamilkł na chwilę, sprawdzając po raz ostatni zapisy w księdze rachunkowej. Kiedy upewnił się, że wszystko jest w porządku, zamknął księgę i schował ją wraz ze złotem do okutej miedzianą blachą szafy.
– Na dzisiaj koniec pracy – stwierdził. – Zbieraj swoich ludzi i wracajcie do wartowni.
Niespodziewanie za drzwiami rozległy się przytłumione okrzyki i głuchy łoskot. Skarbnik odruchowo sięgnął do pasa po sztylet.
– Sprawdź, co się dzieje – powiedział ochrypłym głosem do oficera.
W tej chwili drzwi otworzyły się gwałtownie i w progu stanęły dwie kobiety ubrane w szare, sięgające ziemi peleryny. Młodsza z nich miała smagłą, spaloną wiatrem twarz i gładko ogoloną skórę na głowie. Czarne włosy starszej były poprzetykane cienkimi pasemkami siwizny.
– Czego tu szukacie? – zapytał ostro Galba. – Na mocy królewskiego dekretu nikt bez mojej zgody nie ma wstępu do tej części zamku!
Starsza z kobiet roześmiała się i odparła:
– Jestem Noelia Tameran, pierwsza cenzorka klanów Barreine Itt, i nie obchodzą mnie dekrety twojego króla.
Skarbnik zbladł, cofnął się o pół kroku. Zrozumiał, że ma do czynienia z osobami niezwykle niebezpiecznymi – z czarownicami do mistrzostwa wyszkolonymi zarówno w sztuce magii, jak i w sztuce zabijania. Przez uchylone drzwi w głębi holu dostrzegł leżących na posadzce strażników z eskorty. W głowie tłukło mu się jedno pytanie: „Jak te wiedźmy dostały się do najlepiej strzeżonego miejsca w całym Keramee?”. Oficer także dostrzegł ciała obezwładnionych żołnierzy i targnęła nim wściekłość. Obnażył miecz i zrobił trzy szybkie kroki w kierunku pierwszej cenzorki. Drogę zabiegła mu druga czarownica. Nie miała w rękach żadnej broni, lecz w jej ruchach była szybkość i zwinność głodnej pantery rzucającej się do ataku na łatwy łup.
Aturrus uderzył mieczem, kierując cios w brzuch atakującej go Barreine Itt. Ta zrobiła błyskawiczny unik, rzucając się na podłogę pod nogi oficera. Nim zrozumiał, że chybił, gwałtowne kopnięcie podcięło mu nogi. Runął, wypuszczając z dłoni miecz. W następnej chwili czarownica wbiła mu w szyję krótką, ciemną igłę.
Skarbnik królewski Galba patrzył z przerażeniem, jak jego kuzyn wyprężył się na podłodze owładnięty zupełnym paraliżem. Przezwyciężając skurcz gardła, wychrypiał:
– Czego... czego ode mnie chcecie?
Noelia Tameran podeszła do Galby i dotknęła jego piersi wskazującym palcem.
– Ty wiesz, Galba – rzekła. – Nie jesteś przecież głupi.
Galba dobrze wiedział, po co przybyły czarownice i na czoło wystąpiły mu gęste krople potu.
– Nie wiem – jęknął – przysięgam, że nic nie wiem.
Noelia Tameran parsknęła śmiechem.
– Galba, osobiście ostrzegałeś pierwszego stratega, że ściągnie na wasze głowy kłopoty, więżąc w Keramee naszą siostrę. Mówiłeś mu, że niezawodnie się po nią zgłosimy... i miałeś rację. Właśnie przybyłyśmy ją uwolnić.
Skarbnik opadł ciężko na krzesło. Wciąż walczył ze skurczem gardła.
– Jest zamknięta w pokojach stratega. Ja nie mam klucza – wychrypiał.
Pierwsza cenzorka znowu parsknęła śmiechem.
– Wybornie żartujesz – rzekła – ale ja dzisiaj nie mam czasu na żarty. Trzy osoby mają klucze: strateg, klucznik i ty, skarbniku.
Coraz bardziej przerażony Galba wił się na krześle jak robak rozgniatany ciężkim obcasem.
– Nie mogę, nie mogę – jęczał. – Pokoje stratega chroni potężna magia, która zabije każdego, kto zechce tam wejść.
Pobłażliwy uśmiech znikł z twarzy pierwszej cenzorki, a jej usta wykrzywił grymas zniecierpliwienia.
– Tę ochronę usuniesz, kładąc lewą dłoń na płycie wmurowanej przy wejściu. I zrobisz to teraz, natychmiast albo obetnę ci rękę i zrobię to sama, gdyż wyczerpała się już moja cierpliwość.
Po tych słowach chwyciła skarbnika za koszulę i pociągnęła go w kierunku drzwi.
– Wybacz, wybacz – jęczał Galba. – Otworzę drzwi, ale nie wiń mnie za nic. Wina jest po stronie stratega.
Wyszli na hol, a potem szerokimi schodami na drugą kondygnację pałacu. Wszędzie było pusto i skarbnik zdał sobie sprawę, że czarownice doskonale wybrały czas swojej wizyty – dzień, kiedy król z większością dworu świętował otwarcie nowego pałacu na Wzgórzu Tarczowym.
Przed drzwiami wiodącymi do pokojów stratega skarbnik położył drżącą dłoń na wbudowanej w ścianę szklanej płycie, drugą ręką przekręcił klucz. Płyta rozjarzyła się na moment niebieskim światłem, zgrzytnęły rygle zwalniające blokadę drzwi i Barreine Itt weszły wraz ze skarbnikiem do luksusowo urządzonych, wyłożonych białym marmurem pokojów.
– Gdzie jest Esme? – zapytała Noelia Tameran.
Skarbnik wskazał wzrokiem wejście do przestronnej sypialni z lustrzanymi ścianami. Esme leżała tam na wielkim łożu przykrytym purpurową tkaniną. Była nieprzytomna. Noelia pochyliła się nad nią, próbując w oddechu leżącej bez zmysłów dziewczyny wyczuć woń jakiegoś znanego sobie narkotyku. Czubkiem języka dotknęła wody stojącej w kryształowym pucharze u wezgłowia łoża. Te próby niewiele jej dały, gdyż spojrzała zachmurzona na drugą czarownicę i rzekła:
– Despin, nie potrafię rozpoznać, co jej podawali. Ta przeklęta Gildia sprzedaje Kerameejczykom rozmaite środki, o których my nie mamy żadnej wiedzy.
Despin podeszła do skarbnika.
– Mów! Jak długo będzie nieprzytomna? – zapytała. – Jaki narkotyk jej podano?
Skarbnik w jednej chwili rzucił się na kolana.
– Ja nie wiem, naprawdę nic nie wiem – jęczał skulony. Bez śladu znikła w jego postawie godność ważnego urzędnika. Był pewien, że lada moment spotka go gwałtowna śmierć z rąk żądnych zemsty czarownic.
Noelia Tameran zawinęła nieprzytomną dziewczynę w pelerynę i obejrzała się na jęczącego skarbnika.
– Galba, spójrz na mnie – zażądała. – Czy rozumiesz, że nie mam chęci ani zamiaru, by nastawać na twoje podłe życie?
Skarbnik skinął głową, potwierdzając, że rozumie jej słowa.
– Pomożesz nam zanieść dziewczynę do twojego powozu. Potem zawieziesz nas do przystani przy Kamiennym Moście. Czy jest to dla ciebie jasne?
Galba ponownie skinął głową. Obudziła się w nim nikła nadzieja, że czarownice nie zostawią go martwego, z poderżniętym gardłem. I natychmiast zaczął się martwić, jak wytłumaczy całą sprawę strategowi.